Piotrków, koronawirus: Pielęgniarka zmarła, bo czekała na wynik testu na Covid-19. Rodzina uważa, że to błąd szpitala

Karolina Wojna
Karolina Wojna
Piotrków, koronawirus: 48-letnia pielęgniarka, zmarła, bo czekała na wynik testu na Covid-19. Córka i partner pani Ewy Osieczkowskiej  będą składać zawiadomienie do prokuratury
Piotrków, koronawirus: 48-letnia pielęgniarka, zmarła, bo czekała na wynik testu na Covid-19. Córka i partner pani Ewy Osieczkowskiej będą składać zawiadomienie do prokuratury Dariusz Śmigielski
Piotrków, koronawirus: 48-letnia pielęgniarka zmarła, bo czekała na wynik testu na Covid-19. Kobieta zgłosiła się do szpitala w Piotrkowie z podejrzeniem zawału serca, ale lekarz, po badaniach, uznał, że 48-latka nie wymaga pilnej hospitalizacji, bo jej stan nie zagraża życiu. Pani Ewa Osieczkowska miała się zgłosić na kardiologię po otrzymaniu wyniku testu na koronawirusa. Wynik - negatywny - dostała po dwóch dniach, ale do szpitala już nie zdążyła, bo umarła. Rodzina zamierza skierować sprawę do prokuratury - uważa, że odesłanie pacjentki do domu było błędem ze strony szpitala.

Piotrków, koronawirus: Pielęgniarka zmarła, bo czekała na wynik testu na Covid-19. Rodzina uważa, że to błąd szpitala

Rodzina zmarłej 48-letniej Ewy Osieczkowskiej uważa, że gdyby szpital przyjął kobietę na oddział kardiologiczny 1 listopada, mama dorosłej Oli i 7-letniej Zuzi ciągle by żyła. Ale pacjentka, z zawodu pielęgniarka anestezjologiczna, musiała czekać dwa dni na wynik testu na koronawirusa w domu - choć miała wcześniejszy, negatywny, wykonany tydzień przed wizytą na SOR w Piotrkowie. Nowy wynik otrzymała 3 listopada. Dwie godziny później już nie żyła.

Stan nie zagrażający życiu?

Pierwszy telefon na pogotowie był 1 listopada po godz. 15. Karetka, która jechała z Kurowic (powiat łódzki wschodni) była w Podolinie po 15 minutach od wezwania. Przed godziną 17 pani Ewa trafiła na SOR w szpitalu przy ul. Rakowskiej w Piotrkowie. Jak podkreślają bliscy, z podejrzeniem zawału - miała duszności, bóle w lewej ręce promieniujące do barku i łopatki oraz w klatce piersiowej, poza tym, pierwszy zawał przeszła w 2015 roku. Wtedy pomocy udzielił jej właśnie szpital w Piotrkowie.

- Według wypisu z 1 listopada była przyjęta o 16.45, a wyszła o 22.23 - mówi Grzegorz Małgorzaciak, partner zmarłej i ojciec Zuzi.

Na SOR wykonano kobiecie badania, ale jej stan uznano jako nie zagrażający życiu - otrzymała skierowanie do na oddział kardiologiczny, ale dopiero po wyniku testu w kierunku COVID-19. Ten miał być albo w poniedziałek wieczorem albo we wtorek rano.

"Zalecenia: W chwili obecnej bez pilnych wskazań do hospitalizacji w oddziale kardiologicznym" - czytamy w wypisie."

Od pacjentki pobrano też wymaz do testu na koronawirusa - to był warunek planowego przyjęcia na oddział kardiologiczny, a takie - bo nie była "pilnym przypadkiem" - skierowanie dostała. W karcie czytamy też, że pani Ewa miała wcześniejszy, negatywny, wynik na COVID-19. Był z 24 października, czyli niespełna tydzień przed wizytą na SOR w Piotrkowie.

- Na przyjęcie do szpitala to wystarczyło, ale na pozostanie na oddziale już nie - mówi Aleksandra Osieczkowska, córka pani Ewy. - Nie było dyskusji, tym bardziej, że obiecali jej, że zrobią koronografię, jak tylko trafi na oddział. Nie mogła zmienić tej decyzji, wtedy na oddziale był jeden lekarz i jedna pielęgniarka.

Jak dodaje pan Grzegorz, podczas wizyty na SOR, na oczach pani Ewy zmarł inny pacjent.

- Nawet mówiła, że chciała go reanimować, ale nie miała siły... - dodaje mężczyzna.

Kobieta wróciła do domu, jej stan się poprawił, ale na krótko.

- Dlatego, że dostała w karetce dużą dawkę środka przeciwbólowego - dodaje córka.

Prawie godzinę czekała na karetkę

W poniedziałek pani Ewa nadal czuła się źle. Dzwoniła do szpitala o wynik, ale go nie było. We wtorek, po godz. 10 zadzwoniła do niej pracownica szpitala. Test wyszedł ujemnie. Mogła jechać na kardiologię na Rakowską.

- Zadzwoniła do mnie, żebym był o 13 lub 15, bo ją przyjmą - opowiada pan Grzegorz, który pracuje w Łodzi.

Dwie godziny później pan Grzegorz dostał kolejny telefon. Pani Ewa słabła, prosiła o szybszy powrót, mówiła, że nie ma siły i już wezwała karetkę. Jak wynika z rejestru jej rozmów, na numer 112 pierwszy raz, 3 listopada zadzwoniła o godz. 12.03

- O godz. 12.10 dzwoniła do mnie, żebym wracał, że wezwała karetkę pogotowia, potem o godz. 12.17 znów dzwoniła na pogotowie - relacjonuje pan Grzegorz. On wracał, a w międzyczasie dzwonił do brata i sąsiadki, żeby ktoś był przy pani Ewie, otworzył bramę dla zespołu ratowników.

Już wtedy było źle: pani Ewa mówiła bliskim, że nie ma siły, że musi się położyć. Pan Grzegorz, który wrócił do domu o godz. 12.35 zastał ją zlaną potem z głową na stole, potem się położyła.

- I to był koniec... - dodaje.

Była 12.50. Karetka - z Tomaszowa - przyjechała o godz. 12.55. Kilkadziesiąt minut reanimacji już nic nie dało. Kobieta zmarła.

Rodzina nie chce się z tym pogodzić - jest przekonana, że gdyby szpital przyjął kobietę na oddział kardiologiczny dwa dni wcześniej, pani Ewa by żyła. Drugi zarzut jest do zespołu karetki, która jechała ok. 50 minut od pierwszego wezwania.

Bliscy zmarłej zamierzają złożyć wniosek do prokuratury. Chcą wyjaśnienia tej sprawy.

- Mama cały czas pracowała, śmiała się - mówi pani Aleksandra. - Gdyby ją przyjęli od razu, bo zrobił się najpewniej zator, to by go wykryli.. Gdyby ta karetka nie jechała tyle czasu... Nikt jej nie udzielił fachowej pomocy, i to też miało wpływ...

Szpital: - Dochowano wszelkich procedur

Szpital, jak podkreśla Bartłomiej Kaźmierczak, rzecznik placówki przy ul. Rakowskiej w Piotrkowie, dochował wszystkich procedur.

- Pacjentka 1 listopada, gdy trafiła na SOR, została przyjęta, w sposób kompleksowy przebadana, miała konsultację kardiologiczną – wyjaśnia. - Mimo wielu zaburzeń zdrowotnych, jakie posiadała, miała przeprowadzoną dość dogłębną analizę kardiologiczną trwającą około 6 godzin i lekarz prowadzący nie zdiagnozował u niej stanu zagrażającego życiu, co nie kwalifikowało jej do pilnej hospitalizacji. Pacjentka dostała skierowanie na oddział kardiologiczny na możliwie szybki termin, czyli na wtorek 3 listopada.

Jak podkreśla, to nie był pilny przypadek, a od kobiety pobrano wymaz w kierunku koronawirusa. Wynik testu nie jest zależny od szpitala, choć ten posiada łóżka dla pacjentów wymagających natychmiastowej hospitalizacji. Są to tzw. łóżka izolacyjne, a przy ul. Rakowskiej jest ich 9.

- Niestety nie wiem, ile tego dnia było zajętych - mówi Bartłomiej Kaźmierczak.

Po nagłośnieniu historii pani Ewy przez media, sprawą zainteresował się Narodowy Fundusz Zdrowia.

- Po sygnale medialnym, dotyczącym śmierci 48-letniej pacjentki Łódzki Oddział Wojewódzki Narodowego Funduszu Zdrowia niezwłocznie podjął działania zmierzające do wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Sprawa została przekazana do Terenowego Wydziału Kontroli - informuje Magdalena Góralczyk z zespołu komunikacji społecznej NFZ w Łodzi.

Jak dodaje, do NFZ jeszcze nie wpłynęła żadna skarga od rodziny.

- Przypominamy wszystkim pacjentom, że odmowa leczenia czy problem z jego uzyskaniem może i powinien być zgłaszany pod numerem Telefonicznej Informacji Pacjenta 800 190 590 lub bezpośrednio do właściwego Oddziału Wojewódzkiego NFZ - podkreśla.

Piotrków, koronawirus: 48-letnia pielęgniarka, zmarła, bo czekała na wynik testu na Covid-19. Córka i partner pani Ewy Osieczkowskiej  będą składać zawiadomienie do prokuratury

Piotrków, koronawirus: Pielęgniarka zmarła, bo czekała na wy...

produkty antywirusowe - oferta naszego sklepu medica365.pl

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie