To będzie historia o miłości. Takiej prawdziwej, silniejszej niż wojenny koszmar i lata rozłąki. Zdarzyła się u nas, gdy wiosną 1939 roku polscy żołnierze przybyli do podbełchatowskich wiosek

Janina Hetman rankiem 24 marca 1939 roku jak zwykle zerwała się wcześnie rano. W domu, na piętrze był kawalerski pokój jej braci. Przechodząc obok drzwi spojrzała, a tam kartka: „Kwatera zajęta. Mikołajewski Zygmunt, Piotr Wasilewski”. Zatrzymała się zdumiona. Słyszała krążące pogłoski o groźbie wojny, ale przez myśl jej nie przeszło, że żołnierska kwatera miałaby być u niej w domu! I to teraz...

- Nagle drzwi się otworzyły, z pokoju wyszedł młody człowiek i wita się ze mną. Ale jak się wita - całuje mnie! - Janina Mikołajewska ze śmiechem dziś wspomina to pierwsze spotkanie z Zygmuntem Mikołajewskim, porucznikiem 83 pp. Choć od tamtej chwili minęło już 78 lat, każdy szczegół tamtego dnia pamięta tak wyraźnie, jak gdyby rozegrało się to wczoraj. Bo przecież to właśnie wtedy poznała miłość swojego życia. - Przyszło mi czekać na niego prawie sześć lat - mówi.

Wojenna miłość


Z początku nic nie wskazywało na to, że Zygmunta, młodego oficera pochodzącego z Warszawy i Janinę połączy takie uczucie. On miał swoje „oficerskie sprawy” - całe dnie spędzał na wypełnianiu zadań, o których dziewczynie nie opowiadał, a ona też o to wcale nie pytała. Miała pod dostatkiem własnych zajęć - całe dnie spędzała za ladą w jednym ze sklepów jej rodziców w Szczercowie.

Tej skromnej, ułożonej, porządnej dziewczynie nie w głowie było rozmyślanie o przystojnych oficerach. Tym bardziej, że nauczyciel z sąsiedniej wioski już „smalił do niej cholewki” - zabierał na spacery, przychodził na herbatę. Stał na straconej pozycji, dziewczyna oświadczyła mu, że wyjdzie za mąż tylko z miłości, a jego nie kocha. Ale on cierpliwie czekał.

Tymczasem Zygmunt Mikołajewski działał „po żołniersku”. Pewnej sierpniowej niedzieli, gdy Janina i ów nauczyciel wrócili ze wspólnej przechadzki, wydarzyło się coś, co zmieniło życie dziewczyny.

- Wchodzę do kuchni, a mój wujek podszedł do mnie, objął mnie i mówi: „Jasia, gratuluję ci”! - opowiada. - Byłam wściekła, znudzona okropnie po tym spacerze, a tu jeszcze wujek wyskoczył z gratulacjami! Musiał widzieć moje zdezorientowanie, bo zaraz dodał „Mikołajewski się oświadczył!”. Wróciłam do tamtego, podawałam mu herbatę, ale, proszę mi wierzyć, zupełnie coś innego miałam w głowie! - przyznaje.

Narzeczonym nie było dane długo cieszyć się sobą. W ostatnich dniach sierpnia oficerowie, a wśród nich i Zygmunt Mikołajewski, wiedzieli już, że ich pułk zostanie przerzucony w pobliże granicy z Niemcami. Ostatnie dni miesiąca były dla młodego porucznika i jego kolegów gorączkowe. Wreszcie nadszedł dzień, w którym jednostka miała zostać przerzucona w okolice Parzymiechów.

Była godzina 10 rano, a Zygmunt przyjechał do nas z Ruśca - wyjątkowo na rowerze. Zwykle jeździł na pięknym rasowym koniu „Energia” koloru kawy z mlekiem. Myśmy siedzieli, czekali w napięciu, bo już było pewne, że wojna wybuchnie. Zygmunt zeskoczył z roweru, podbiegł do mnie, pocałował mnie i powiedział: „czekaj na mnie”. I tak rozstaliśmy się, żeby się spotkać po ponad pięciu latach - wspomina pani Janina.


Porucznik Mikołajewski przebył cały szlak bojowy ze swoim pułkiem. Za walki pod Parzymiechami (1 września), obronę Szczercowa (4-5 września) i obronę Jeżowa (9 września) został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari przez ówczesne władze. Po kapitulacji, został osadzony w obozie jenieckim Woldenberg Oflag II C. W styczniu 1945 roku jeńców przepędzono w okolice Lubeki, tam doczekał końca wojny.

A co w tym czasie działo się z jego narzeczoną? W 1940 roku Janina wyjechała do Warszawy, gdzie mieszkali jej trzej bracia. Po Powstaniu Warszawskim została wywieziona na roboty w okolice Lipska.

Przez całą okupację Janina i Zygmunt pisali do siebie listy - na specjalnych obozowych kartach. Po jednej stronie kartki było miejsce na korespondencję Zygmunta, po drugiej - na odpowiedź Janiny. Wymienili ich masę. Pani Janina do dziś przechowuje je jak największy skarb. Razem z innymi pamiątkami z tego okresu.

Janina wysyłała do obozu paczki - były tam aż trzy osoby, które na nie czekały: Zygmunt, kpt Piotr Wasilewski (ten sam, który mieszkał na kwaterze w domu Hetmanów) oraz brat pani Janiny. Częste listy dawały narzeczonym nadzieję, że w końcu się spotkają. Choć nie brakowało takich, którzy mówili dziewczynie, że „jest wierna cieniom”. Ale ona wierzyła w Zygmunta. I wtedy, gdy była w Warszawie, i wówczas gdy razem z dziewięcioma młodymi mieszkankami stolicy mieszkała w baraku pod Lipskiem, gdzie wysłano ją na roboty.

Aż nadszedł 13 czerwca 1945 roku.

- Siedziałyśmy w baraku, aż nagle ktoś zapukał do drzwi - opowiada pani Janina. - Do środka zajrzał jakiś cywil, był z nim mężczyzna. Ja z wrażenia wstałam i zaraz usiadłam. To był on. Podszedł do mnie i ucałowaliśmy się. A wszystkim dziewczynom, które to obserwowały, łzy płynęły z oczu - wspomina.

Trzy dni później był już ślub cywilny, 17 czerwca wzięli ślub kościelny. Pobrali się na mszy dla Polaków - jedynym takim nabożeństwie odprawianym w Lipsku. Tłumnie przychodzili na nią wywiezieni na roboty rodacy. Wszyscy ustawili się, by składać młodym ślubne życzenia.

Wiosną 1946 roku Mikołajewscy wrócili do Polski. Warszawa była zburzona, w Szczercowie też nie mieli czego szukać. Rodzina Hetmanów przed wojną miała dwa domy w samym centrum Szczercowa. W pierwszych dniach września, jeszcze zanim pojawili się tu Niemcy, razem z resztą ludności cywilnej miasteczka uciekali w kierunku Pabianic. Gdy 8 września Hetmanowie wrócili, zamiast domów zastali zgliszcza. Na szczęście nad rzeką mieli jeszcze drewniany domek, przy tzw. elektrowni. To tam rodzice Janiny mieszkali w czasie całej okupacji.

Po powrocie do kraju młodzi Mikołajewscy osiedlili się w Łodzi. Przedwojenny oficer Wojska Polskiego w 1946 roku miał zamknięte drzwi do kariery. Znajomość sześciu języków, wykształcenie - to nie były argumenty dla ówczesnej władzy. Gdy próbował starać się o mieszkanie, usłyszał że „dla takich jak pan nic nie ma”.

Ale to młodych nie zniechęcało. Byli razem, byli szczęśliwi. Wspólnie prowadzili niewielką firmę papierniczą, doczekali się trójki dzieci.

- Proszę popatrzeć, te spinki do mankietów to był pierwszy prezent, jaki mu kupiłam - pani Janina pokazuje schowane w pudełeczku pamiątki. - Pamiętam, jak wtedy, w sierpniu, przyjechał, ucałował mnie i powiedział: czekaj na mnie. Jak mogłabym nie czekać?

Przez granicę, do niego


Plutonowy Stefan Ciur z 84 pp kwaterę miał w Kurnosie. Zaczynało się lato 1939 roku, żeby żołnierze mieli jakąś rozrywkę, plutonowy postanowił zorganizować dla nich przedstawienie teatralne. Proboszcza z Kaszewic poprosił o pomoc. Ksiądz jednak podpowiedział, że najprędzej pomoże mu w tym Stowarzyszenie Młodzieży Katolickiej. I wysłał żołnierza do prezeski stowarzyszenia - Amelii Lang. Mieszkała w Borkach.

- Tata przyjechał do mamy na koniu i niemalże na nią tym koniem wpadł - opowiada Elżbieta Włastowska, córka Amelii i Stefana. Historia okoliczności tego pierwszego spotkania rodziców i tego, jak potem wspólnie grali na scenie w spektaklu dla żołnierzy, przeszła do kanonu rodzinnych anegdot. - I proszę sobie wyobrazić, że oni w tym przedstawieniu grali małżeństwo! - dodaje pani Elżbieta.

Jeszcze w sierpniu 1939 roku młody żołnierz z Janowa Podlaskiego i śliczna panna z Borek musieli postanowić coś o wspólnej przyszłości, bo gdy Stefan po kapitulacji Modlina znalazł się w obozie jenieckim, do Kurnosa zaczęły od niego przychodzić listy do Amelii. Pamiętał o niej przez cały czas. Z obozu uciekał dwukrotnie. Za pierwszym razem nie udało się, ale nawet dwa tygodnie ciemnicy (bo tak go ukarano) nie wybiły mu z głowy marzeń o ucieczce. Druga ucieczka zakończyła się sukcesem. Pani Elżbieta dzięki opowieściom ojca wie, jak to wówczas przebiegało: świetnie mówił po niemiecku, wsiadł do pociągu przeznaczonego tylko dla Niemców. Kupił sobie niemiecką gazetę i udawał, że czyta. Nikt go nie spytał, dokąd jedzie. A on zmierzał w okolice Warszawy. Udało mu się ukryć w Wodyniach, znalazł tam pracę jako ogrodnik. Był 1942 rok.

Amelia Lang pracowała wtedy w sklepie w Klukach. Gdy otrzymała od Stefana list z wiadomością, że jest w Wodyniach i czeka na nią, na nic nie zważała. Spakowała małą walizeczkę i postanowiła przedostać się przez granicę. Dobrze mówiła po niemiecku, ale to sukcesu wcale nie gwarantowało. A jednak udało się - na granicy nie natknęła się na żaden patrol. Potem wspominała, jak dosłownie kilka kilometrów od celu zatrzymali ją jacyś partyzanci. Na słowo nie uwierzyli, sprawdzali informacje o tym, czy w Wodyniach faktycznie mieszka człowiek, do którego jedzie.

- Rodzice tam pobrali się 1 sierpnia 1942 roku, tam urodził się mój brat - opowiada pani Elżbieta. - Po wojnie wrócili do Kurnosa.

Stefan Ciur zdobył uprawnienia biegłego księgowego, był fachowcem, o którego zabiegało wiele zakładów w Bełchatowie. Postanowił też wrócić do nazwiska Malinowski - jego rodzina zmieniał je na „Ciur” po upadku Powstania Styczniowego.

Próbował też upominać się o przeszłość. W ostatnich dniach obrony Modlina został odznaczony Krzyżem Walecznych. Otrzymał wówczas legitymację tymczasową potwierdzającą ten fakt. Przemycił ją ukrytą w mydle do obozu jenieckiego. Ukrywał ją tam przez ponad dwa lata. Miał ją ze sobą także podczas ucieczki i potem do końca okupacji. Gdy po wojnie stawił się na komisji wojskowej i okazał legitymację, odebrano mu ją. Próbował potem dokument odzyskać, wielokrotnie upominał się o niego. Usłyszał tylko dobrą radę, by dał temu spokój. Bo jeśli nie przestanie, trafi tam, skąd już się nie wraca.


Z wojennej zawieruchy



Był lipiec 1941 roku. Prawie wszyscy mieszkańcy Kurnosa byli na swoich polach, w końcu to pora żniw. Zofia Engel wyprostowała się, żeby dać ulgę zmęczonym plecom. Na drodze zobaczyła sylwetkę jakiegoś mężczyzny. Wydało jej się, że go zna.

Popatrz Cela, Michał idzie - powiedziała do siostry. - Zwariowałaś - Cecylia nie wierzyła siostrze, ale odwróciła się i spojrzała na drogę. Szedł pieszo drogą z Bełchatowa. Cecylia uśmiechnęła się do tego, który miał być jej towarzyszem na dobre i złe. Na całe życie.


Poznali się wiosną 1939 roku. Michał Sidorczuk, 25-letni telegrafista 84 pp do Kurnosa przyjechał pod koniec marca 1939 roku. Razem z innymi żołnierzami zakwaterowano go w stodole u Gutknechta - kilka domów od gospodarstwa Engelów. Gdy żołnierze w mundurach szli na tzw. płachetkę na ćwiczenia albo posłuchać mszy polowej, dziewczęta z całego Kurnosa, oglądały się za nimi. Michał Sidorczuk - wysoki, ciemnowłosy, z kręconą czupryną zwracał uwagę. A sam nie mógł oczu oderwać od Cecylii Engel - ślicznej dziewczyny o regularnych rysach z koroną warkoczy zaplecionych wokół głowy.

Przed wojną młodzi żadnych ustaleń co do wspólnej przyszłości nie robili. O wszystkim zadecydował los. Po kapitulacji Modlina kapral Michał Sidorczuk został wywieziony do obozu na wschód - w okolice Kłajpedy. Spędził tam ponad półtora roku. O tym, w jaki sposób udało mu się wydostać, opowiadał po wojnie. Mówił, że wiosną 1941 roku udało mu się przekupić kogoś, kto wydał mu bezterminową przepustkę.

- Najpierw pojechał w swoje rodzinne strony, do Białej Podlaskiej - opowiada syn Michała Sidorczuka. - Ale tam nikogo ze swojej rodziny już nie zastał. Rodzice już nie żyli, dwaj starsi bracia zginęli na wojnie. Jan, jak się później dowiedzieliśmy - w Katyniu. Gdzie zginął Aleksy, nie wiemy do dziś. Ojciec wtedy, w 1941 roku postanowił przyjechać do Kurnosa.

Po prawie dwuletniej rozłące znów spotkał się z Cecylią Engel. Przepustka, którą Michał przywiózł z Kłajpedy nie była dokumentem, który gwarantował mu absolutny spokój ze strony okupantów. Żeby uniknąć aresztowania, Michał Sidorczuk zgłosił się do pracy w niemieckim gospodarstwie. Woził węgiel z Ruśca do piekarni. Gdy niedługo po wojnie w Kurnosie ruszył oddział pocztowy, Michał Sidorczuk zatrudnił się jako listonosz. Pracował tam całe lata. Z Cecylią wspólnie przeżyli cztery dekady, doczekali się trójki dzieci.

Swojego żołnierza odnalazła też Zofia Engel - siostra Cecylii, ta sama, która spostrzegła Michała Sidorczuka maszerującego drogą. Władysław Marciniak, który w marcu 1939 roku także mieszkał na kwaterze w Kurnosie, po kapitulacji Modlina został wywieziony na roboty do Niemiec. Miał szczęście - warunki w gospodarstwie, w którym przyszło mu pracować, były dobre. Marciniak napisał wtedy do Kurnosa, do poznanej przed wojną Zofii Engel, czy nie chciałaby do niego przyjechać. Pojechała i z czasem została Zofią Marciniak. Po wojnie zamieszkała z mężem i dziećmi w okolicach Łasku.

Z regionu

Komentarze (1)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!