Wybierz region

Wybierz miasto

    Satyr, wódz i inni z seksafery

    Autor: Anna Kulik, (pz)

    2006-12-16, Aktualizacja: 2006-12-16 04:28 źródło: Polska Dziennik Łódzki

    Polacy zawsze chcieli naśladować Amerykanów. Marzenie się spełniło: mamy wreszcie rodzimą aferę rozporkową. Seksafera rozpaliła wyobraźnię tysięcy Polaków tak bardzo, że obstawiają w firmach bukmacherskich zakłady na ...

    Polacy zawsze chcieli naśladować Amerykanów. Marzenie się spełniło: mamy wreszcie rodzimą aferę rozporkową. Seksafera rozpaliła wyobraźnię tysięcy Polaków tak bardzo, że obstawiają w firmach bukmacherskich zakłady na temat domniemanego ojcostwa polityków z pierwszych stron gazet.

    Rodzime wydanie afery obyczajowej jest wprawdzie wulgarną kopią tej amerykańskiej, ale trudno nie dostrzec podobieństw. U nas główne role grają nieszczęsne asystentki i pracownice biur Samoobrony, a w roli czarnego charakteru o usposobieniu satyra, który korzysta ze wszystkich możliwych uciech życia, został obsadzony poseł Stanisław Łyżwiński. A że każda afera musi mieć element sensacji, w seksaferze pojawia się też nazwisko wicepremiera Andrzeja Leppera, choć w bliżej nieokreślonej roli.

    Dla Billa Clintona igraszki z czarnowłosą asystentką Moniką Lewinsky omal nie skończyły się impeachmentem. W naszej aferze domniemane kontakty seksualne polityków mogą skutkować co najwyżej wyproszeniem Samoobrony z rządzącej koalicji. Na jej miejsce zostanie zaproszony... ktokolwiek. Bo przecież bracia Kaczyńscy nie dopuszczą do powstania rządu mniejszościowego i nie ustaną w budowie IV RP.

    To nie tatuś!
    Jak będzie się dalej rozwijać polska seksafera, trudno przewidzieć, bo w ostatnich dniach doszło już do kilku zwrotów akcji.

    Poprzedni weekend upłynął w oczekiwaniu na wynik badań genetycznych, którym poddał się poseł Stanisław Łyżwiński. Miały wykazać, czy jest ojcem córki Anety Krawczyk, która kilka dni wcześniej poinformowała o tym całą Polskę. Wynik testów genetycznych, których wiarygodność określana jest jako niemal stuprocentowa, został ujawniony równo tydzień temu. Odpowiedź nie pozostawiała złudzeń: Łyżwiński nie jest ojcem 3,5-letniej Weroniki.

    Ruszyła lawina spekulacji. W kawiarniach, na towarzyskich spotkaniach i w kolejkach do kas w supermarketach można było się dowiedzieć, że jak ktoś ma tyle pieniędzy, co poseł Łyżwiński, to stać go na sfałszowanie wyniku. Albo że Aneta Krawczyk, niosąca ze łzami w oczach córeczkę opatuloną w amarantowy płaszczyk, na pewno niosła cudze, wypożyczone dziecko, bo jest w zmowie z Łyżwińskim.

    Kolejny kandydat na ojca
    Następnego dnia po tym, gdy okazało się, że to nie Łyżwiński jest szczęśliwym tatusiem dziecka Krawczyk, Jacek Popecki, asystent Stanisława Łyżwińskiego, wskazał kolejnego kandydata: Marka Celnera, byłego działacza Samoobrony z Tomaszowa. - Wydawało mi się, że rysy dziewczynki jednak przypominają twarz posła Łyżwińskiego, ale, jak widać, pozory mylą - powiedział Popecki "Dziennikowi Łódzkiemu".

    Marek Celner, 35-letni tomaszowski przedsiębiorca i miejski radny z listy PO, wszystkiemu zaprzeczył. - Tej pani to ja nawet w rękę nie pocałowałem. Kategorycznie stwierdzam, że nie jestem ojcem dziecka Anety Krawczyk. Żeby to udowodnić, jestem gotów poddać się wszelkim badaniom - zadeklarował. Tłumaczył, że kiedy poznał Krawczyk jesienią 2002 roku, tuż przed wyborami samorządowymi, w których startował z listy Samoobrony, ona była już w widocznej ciąży.

    Oskarżenia Popeckiego Celner uważa za zemstę za to, że odciął się od partii Leppera. - Widziałem, kto należy do tej partii i co się tam wyprawia, więc powiedziałem między innymi Popeckiemu, że nie chcę mieć z tym nic wspólnego - stwierdził Celner i dodał, że słyszał pogłoski o molestowaniu seksualnym kobiet w Samoobronie. Na koniec zapowiedział, że składa pozew przeciwko Popeckiemu.

    Odtrącony przez wodza
    Poseł Łyżwiński poczuł się na tyle podbudowany wynikiem badań, że zadeklarował chęć poddania się osądowi wyborców, czy powinien dalej być parlamentarzystą. Zgłosił się także z własnej inicjatywy do Prokuratury Okręgowej. Dziennikarzom nie powiedział jednak, co było celem jego wizyty. Wspomniał tylko o tajemniczych ludziach, którzy mieliby stać za Anetą Krawczyk i jej oskarżeniami. - Wiem, że im więcej będę się wypowiadać w mediach, tym więcej będzie komentarzy. Mediom chodzi o to, żeby podgrzewać atmosferę. To, co mam ważnego do powiedzenia, chcę najpierw przekazać prokuraturze. Zawieszam członkostwo w partii dla higieny politycznej. Chodzi o to, żeby nie szkodzić wizerunkowi partii - oświadczył podczas konferencji prasowej. Wygłaszał te słowa z takim przekonaniem, jakby był pewien, że jemu - prawej ręce Andrzeja Leppera - włos z głowy spaść nie może. Nie przewidział, że pryncypał jednym ruchem odtrąci go od siebie (bo Samoobrona to Lepper).

    Wicepremier Lepper nie krył oburzenia, kiedy dowiedział się o pracownicy biura z Małopolski, która jako kolejna opowiadała o sekspraktykach z udziałem prominentnych działaczy partii. Dziennikarze TVN ujawnili nagranie, w którym kobieta wyznała, że otrzymała pracę w zamian za przyjęcie seksualnej oferty od posła Łyżwińskiego. Z materiału wynikało, że jeden z partyjnych działaczy miał wpływać na nią, żeby nie pogrążała zeznaniami posła. Sprawą już zajęła się Prokuratura Krajowa. Jak poinformował prokurator Janusz Kaczmarek, zachodzi podejrzenie, że mogło dojść do próby matactwa.

    Z kuluarowych relacji wynika, że Łyżwiński fatalnie przyjął decyzję Leppera o wykluczeniu go z partii. Opuścił spotkanie, przestał odbierać komórkę i zapadł się pod ziemię.

    Dobra mina do złej gry
    Senator Stefan Niesiołowski z PO z właściwym sobie wdziękiem skomentował: - Andrzej Lepper zaprezentował gospodarskie podejście do rzeczy, za którym stoi odwieczna mądrość ludowa. Dobra gospodyni wyrzuca z kosza zgniłe jabłko, żeby inne się od niego nie zepsuły. Niewątpliwie decyzja wicepremiera Leppera poprawi wizerunek Samoobrony.

    Posłanka Wanda Łyżwińska, cicha bohaterka dramatu, robi dobrą minę do złej gry. Już nie cieszy się, że "chłopy jeszcze mogą". Komentując decyzję o wyrzuceniu męża z partii, powiedziała, jak przystało na żonę męża stanu: - Stanisław jest w Warszawie i nie odbiera żadnych telefonów. Nie wystarczyło, że mąż zawiesił się w prawach członka. Ciągle wieszano na nim psy, co odbijało się na całej partii. Oboje rozumiemy decyzję przewodniczącego Leppera. Ja pozostanę w partii, a mąż nie ma o to do mnie żalu. Czekamy spokojnie na zakończenie postępowania prokuratorskiego - powiedziała nam Wanda Łyżwińska.

    Sensacje i fakty
    Wczoraj wybuchła kolejna sensacja. "Gazeta Wyborcza" podała, że Konrad Rękas, były radny Samoobrony w Lublinie, zeznał, że Lepper oferował dwóm kobietom karierę w partii za seks. Krzysztof Kopania, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi, która bada sprawę seksafery, nie chciał komentować tych doniesień.

    Łódzka Prokuratura Okręgowa przesłuchała w ciągu 11 dni ponad 50 świadków. Niektóre osoby, m. in. główna postać seksafery Aneta Krawczyk, wzywana była do prokuratury kilkakrotnie. Nadal nie został wyznaczony termin przesłuchania Stanisława Łyżwińskiego ani wicepremiera Leppera. Choć dochodzenie prowadzi kilku prokuratorów, nie słychać o żadnych wnioskach ani decyzjach. Krzysztof Kopania powtarza, że "dla dobra śledztwa nie może ujawniać...". Bardziej rozmowny jest prokurator Janusz Kaczmarek. - Sądzę, że w przyszłym tygodniu będzie już można ocenić, czy mamy do czynienia z przestępstwem, i jeśli tak, to komu postawić zarzuty - powiedział. Potwierdził też, że odbędą się konfrontacje świadków. Pytany, dlaczego nie został jeszcze przesłuchany Jacek Popecki, odpowiedział: - Trzeba będzie dokonać analizy, czy i w jakim charakterze tę osobę przesłuchać.

    Popecki, asystent posła Łyżwińskiego i technik weterynarii, miał aplikować Anecie Krawczyk oksytocynę przeznaczoną dla zwierząt, by wywołać u niej wcześniejszy poród. Naturalnie wszystkiemu zaprzecza.

    Mecenas Agata Kalińska-Moc, pełnomocniczka Anety Krawczyk, w rozmowie z nami zapewniła, że wiarygodność jej klientki nie ucierpiała mimo negatywnego wyniku testu DNA, któremu poddano posła Łyżwińskiego. Poinformowała też przy okazji, że na początku tygodnia Aneta Krawczyk złoży oświadczenie. Nie zdradziła żadnych szczegółów.

    Sonda

    Czy uczniom należy zabronić korzystania z telefonów komórkowych w szkole?

    • tak (64%)
    • nie (36%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.